Sobota, 7.30 rano, 9 stopni, lekki deszcz, o lecie przypominają już tylko wypłowiałe włosy dzieci. Patrzę za okno i chce mi się wyć. Na szczęście mam dzieci. Córka zarządza wyjście na spacer. W ogóle nie rusza jej ta nostalgia za latem. Chce iść na dwór i już. A że kropi?! „Oj taaata, to kapuśniaczek”. No kurde, tylko mięczak by nie poszedł. A wiadomo, dla dzieci jestem superbohaterem. Ubieram więc całą ferajnę przy akompaniamencie głośnych protestów najmłodszego dziedzica, który od ubierania bardziej nienawidzi tylko głodu i idziemy na ten straszny, ponury, jesienny świat.

I wtedy wydarza się cud! Nie spokojnie, nie przestaje padać, nie ociepla się, nie wychodzi słońce.  Córka po prostu dostrzega mokry liść na chodniku a na nim żuczka. Kuca. Ja kucam. Dziedzic w chuście wygląda ciekawie. Gapimy się wszyscy na tego robala, a on się gramoli, błyska skrzydłem. Liść okazuje się liściem kasztanowca, więc tuż obok odkrywamy kasztany. Scyzorykiem kroimy je i oglądamy w środku, skradamy się do wiewiórek i dajemy im orzechy a potem gapimy się jak je obracają w łapkach. Marzniemy trochę, trochę nas moczy deszcz. Ale zupełnie nie ma to znaczenia. Dzieci zachwycone. A mnie się ten zachwyt udziela.

„Kocham jesień, tato” krzyczy mi do ucha córka. Syn się przytulił i śpi zadowolony. A ja myślę, że mogłem w tę sobotę siedzieć w domu, tęsknić za latem i zupełnie nie doceniać tego co mam. Na szczęście mam dzieci.