Po roku przedszkola mamy kilka urodzinowych doświadczeń. Część świetnych, bo szałowa zabawa, integracja (i rodziców i dzieci), fajne popołudnie. Część niestety z piekła rodem. Jak się świetnie bawić sami wiecie, więc dziś tylko napiszę o tych najtrudniejszych lekcjach, które wyciągnęliśmy.

1. Zaproszenia, czyli festiwal popularności.

Bez względu na to, czy macie portfele grube jak brzuch Puchatka i zapraszacie wszystkich z grupy (w naszej grupie jest 25 osób, każdy przyjdzie z rodzicem (a część i z rodzeństwem) – robi się małe wesele), czy tylko kilka nabliższych dziecku osób, błagam Was, nie róbcie jednej straszliwej rzeczy – nie pomijajcie jednej jedynej osoby. W większości grup trafia się taki jeden zawodnik albo zawodniczka, których dzieci specjalnie nie lubią. Powodów jest milion – najczęściej takie dziecko bije inne dzieci – z frustracji, z żalu, bo inaczej nie umie. Czasami (to już w starszych rocznikach) odstaje inaczej – ma inne zainteresowania, „dziwne” ubrania, nie mówi, moczy się, cośtam innego. Nie ważne co, ważne że nie jest w top 3 najpopularniejszych dzieci. Ani nawet w top 10, ani w top 25. U nas jest taki chłopiec. Słabo mówi, frustruje się łatwo, lubi uderzyć. Po roku pracy Pań przedszkolanek, rodziców i psychologa radzi sobie lepiej, ale nadal specjalnie nikt go nie kocha. I ja rozumiem, że dzieci nie marzą o nim na urodzinach, serio. Ale tu moim zdaniem psim obowiązkiem rodzica jest pokazać że pominięcie tej jednej jedynej osoby to zło. W najczystszej postaci. Na jedne z przedszkolnych urodzin chłopiec ten nie został zaproszony jako jedyny z całej grupy. Rodzice podobno tłumaczyli innym rodzicom, że to urodziny córki i jej decyzja, że przecież w poszanowaniu jej potrzeb nie mogli go zaprosić. Ja z całym szacunkiem uważam, że to bullshit i że psim obowiązkiem rodzica jest w takiej sytuacji tłumaczyć własnemu dziecku dlaczego nie można pominąć jednej osoby zapraszając całą resztę. Do skutku. Oczywiście jeśli zaprasza tylko najbliższych przyjaciół to problemu nie ma.

2. Pora ma znaczenie

Kiedy dostaliśmy zaproszenie na kinder bal w tygodniu prawie skakałem z radości, że się rodzice zlitowali i nie zapchali mi soboty (gdyż jak wiadomo, weekendy są od wyjazdów). Popędziliśmy z córą po przedszkolu na bal o 18. I … co za koszmar. 17 dzieci wymęczonych po całym dniu w przedszkolu. Część bez leżakowania, część z twardą rutyną codzienną, która o 18 każe im się szykować do spania. Pierwsze 30 minut było spoko, potem zaczął się szał, który ok. 9 płynnie przeszedł w zbiorowe jęki o wszystko. U nas zakończyło się o 19.30 kompletnym odcięciem w aucie w drodze do domu.

Kiedy więc następne zaproszenie było już na sobotę odetchnąłem z ulgą.

3. Żywioł

Grupa dzieci większa niż 4 i brak planu to przepis na klęskę. Ogarniasz bal, ogarnij i animację. Nie musi być od razu klaun i księżniczka z disneya, ale jakiś pomysł na to, co dzieciom dać do roboty musisz mieć. Inaczej skończy się jękiem i marudzeniem.

4. Hajsy

Urodziny to prezenty, prezenty to kasa, kasa to czasami problem. Oczywiste jest, że nie wszystkich stać na to samo. I to zarówno w kwestii wyprawiania urodzin (choć dzieciom jest raczej wszystko jedno, czy spotykają się w kawiarni po 100 pln od osoby, czy w ogrodzie dziadków solenizanta) jak i prezentów. Na własne oczy widziałem jak jedna szczera trzylatka oznajmiła obdarowującemu, że prezent jest słaby i że woli wypasiony prezent od koleżanki. Cześć rodziców nie przychodzi z dziećmi na urodziny z powodu prezentów właśnie – nie stać ich na prezent za stówę, a boją się reakcji na taki za piątaka. Najmądrzejsza decyzja jaką w tej kwestii widziałem do tej pory to wyraźne zaznaczenie na zaproszeniach, że prezentów prosimy nie przynosić. Mama solenizantki opowiedziała mi potem, że prezenty były rano od dziadków i rodziców. A popołudniowa impreza sama w sobie była prezentem.

5. A może by tak?

Ostatnio jedni rodzice zorganizowali przyjęcie … w czasie zajęć w przedszkolu. Solenizantka przyniosła pinatę, rodzice dostarczyli wyjątkowe przekąski. Panie zadbały o „imprezkę”. Był świetny dzień w przedszkolu, którego solenizantka – Ala była główną postacią.  I wiecie co? Wszyscy byli na maksa zadowoleni. Nie było problemów z kasą, z czasem, opieką, nie było zapraszania i odpraszania, było świętowanie. Nasze urodziny w listopadzie i zdecydowanie idziemy w ten model.