Nasze dzieci ok. 4,5-5 miesiąca życia zaczęły bojkotować jazdę w wózku. Wiadomo – z gondoli widać jedynie niebo. Czasami kawałek drzewa. Nuda. Do spacerówki wsadzać ich nie chcieliśmy, bo żadne z nich oczywiście na tym etapie jeszcze nie siedziało. Spacery zwykle kończyły się więc tak, że dziecko lądowało w chuście, a w pustym wózku jechały co najwyżej zakupy.

Do czasu. Zaprzyjaźniona fizjoterapeutka widząc nasze boje przy córce zapytała niewinnie: a może by ją tak położyć w tym wózku na brzuchu? No więc położyliśmy. I zadziałało. Nie dość, że kompletnie przestała marudzić i rozpaczać, to jeszcze zaczęła usilnie ćwiczyć prostowanie rąk.

Większość wózków ma możliwość odpięcia i podniesienia dolnej krawędzi budki. Rolowaliśmy ją więc tak, żeby dzieci leżąc na brzuchu mogły patrzeć na świat. Układaliśmy je zwykle nogami w stronę rodzica, żeby więcej widziały. Oczywiście w takiej pozycji wszelkie jazdy po wertepach będą dla dziecka masakrą, więc wybieramy tę opcję na równe tereny. No i trzeba uważać, żeby w miarę postępu sprawności dziecko nam z tego wózka nie wylazło (ale to sztuczka nie tak znów łatwa).