Jakiś czas temu pytałem Was na FB, czy uważacie, że należy zwracać uwagę innym rodzicom, jeśli widzicie że coś mogą robić inaczej (czytaj: lepiej). W skrócie, czy pouczyć kumpla. Znakomita większość napisała, że nie. I ja też uważałem, że nie. W dodatku pytałem Was nie dlatego, że chciałem komuś zwrócić uwagę, ale dlatego, że mnie uwagę zwrócono.

I powiem Wam, że kiedy kumpel zwrócił mi uwagę, to obudził się we mnie Wiking. Zagryzłem zęby i się nie odezwałem, ale się buzowałem przez 3 dni. Myśli oczywiście od „swoje sobie wychowuj” przez „Przynajmniej moja córka nie sepleni jak twój syn” po „Dlaczego właściwie mnie to tak wkurzyło?”.

Trzeciego dnia byłem gotów przyznać, że wkurzyło mnie, bo być może coś w tym jest. Nie że całkowicie i ostatecznie, ale coś w tym co mówił było. Potrzebowałem tygodnia, żeby się pogodzić z myślą, że mógł mieć rację, dwóch żeby spróbować innej drogi w rozmowach z córką. Trzech żeby poczuć wdzięczność.

Nadal uważam, że zwracanie uwagi to grząski grunt. Nadal nie mam zamiaru zaglądać obcym do wózków i pytać gdzie czapeczka lub czy temu dziecku nie za ciepło. I nie wiem, czy zwróciłbym uwagę nawet temu samemu koledze, że coś w jego metodach mnie się wydaje słabe. Ale nie odważę się już na ostateczne i kategoryczne „Nigdy nie wtrącam się w cudze metody”. Bo czasami przyjazne oko widzi nas lepiej niż my sami. Szczególnie w tych najważniejszych dla nas relacjach.

Zanim więc, słysząc krytykę ojcostwa w swoim wykonaniu, jak ja złapiecie za miecz lub siekierę, dajcie sobie kilka dni a może i tygodni, żeby się zastanowić czy ruszać do ataku.