Byliśmy z synem (3 miesiące) na szczepieniu. Tak się złożyło, że była z nami też córka, lat 3. Procedura jak zawsze: ważenie, mierzenie, badanie i w końcu zabiegowy. Młoda cały czas z bratem. Przez zabiegowym zatrzymała się, spojrzała mu głęboko w oczy i powiedziała „Nie będę Cię okłamywać, to zaboli. Ale dobra wiadomość jest taka, że zaboli trochę i nie potrwa długo. Pewnie się popłaczesz, to nic, płacz. Ja Cię będę cały czas trzymała za rączkę”

Nie wiedziałem czy śmiać się, czy płakać (ze wzruszenia). A moja żona tylko się uśmiechnęła. Bo to były jej słowa. Wielokrotnie przy poprzednich wizytach powtarzane córce. Uśmiałem się z tego plagiatu. A potem patrząc na wyjącego młodego i dzielnie go spierającą siostrę, przypomniałem sobie jej pierwsze szczepienie. Byla wtedy oczywiście za mała, żeby cokolwiek skumać, poza bólem rzecz jasna. Jednakowoż,  miła pani pielęgniarka tłumaczyła jej jak dorosłemu człowiekowi co i w jakiej kolejności będzie jej robić i czego może się spodziewać.

Zdziwiło nas to wtedy nieźle. Bo wyobraźcie sobie, że pielęgniarka tłumaczy noworodkowi „Następnie w lewe udko wbiję Ci igiełkę, o tę. I wstrzyknę szczepionkę. To będzie trochę bolało, ale nie długo. Potem ja Ci zakleję plasterkiem nogę, a mama Cię przytuli i nakarmi.”

Nie pamiętam już, czy zapytaliśmy, czy spojrzała na nasze głupie miny, ale wytłumaczyła: „Ja to już proszę Państwa tak odruchowo, wszystkim dzieciom. Bo te małe to nie rozumieją, ale starsze już tak. I ja uważam, że jak każdemu pacjentowi im też należy się szacunek i rzetelna informacja, co się z ich ciałem wydarzy”.

I to było olśnienie. Że można zamiast zaklinać rzeczywistość, że nie boli-o popatrz wróbelek-tiririri, robiąc przy tym własne dziecko w konia, powiedzieć prawdę. Wytłumaczyć spokojnie, wesprzeć. Po tej pierwszej wizycie rozmawialiśmy z żoną i wspominaliśmy swoje własne dziecinne zastrzyki. Moja żona, mówi, że zawsze czuła się nabrana, bo miało nie boleć. Ja pamiętałem, że czułem się jak mięczak, bo jeśli rodzice mówili, że to nie boli, a mnie bolało, to przecież mogło znaczyć tylko, że jestem mokrą bagietą.

Córce więc mówimy prawdę. O zastrzykach, ale też o tym, że syrop jest obrzydliwy (czasem jest), że zasysanie glutów katarkiem jest trochę przerażające, że maska od inhalatora trochę gniecie. Mówiliśmy nawet wtedy, kiedy w szpitalu przez tydzień zakładano jej z 5 wenflonów. Nie sprawia to w żadnym razie, że kocha zastrzyki, wkucia i badania. Ale sprawia, że wie, co ją czeka.I choć czasem z lękiem, to współpracuje. A my nie czujemy się jak Pinokio przed każdą wizytą i terapią i jak Judasz po nich.