Patrzę dziś na moją żonę, na matkę naszych pięknych, szalonych dzieci i w ten oto Dzień Matki, w absurdalnym roku koronawirusa i świata na głowie, chcę jej podziękować. Głośno i przy wszystkich.

Za to, że przez 18 miesięcy z okładem nosiła nasze dzieci w brzuchu, w cudzie, który do dziś jest dla mnie kompletnie niepojęty. Nosiła (prawie) bez słowa narzekania, chociaż czasami było ciężko, chociaż bolały ją plecy, puchły nogi, męczyły mdłości, chociaż cukrzyca ciążowa zamieniła jej jadłospis w żart. A ona spokojnie jak terminator kłuła się w paluchy, żeby dziedzic był zdrowy.

Za to, że potrafi rozśmieszyć nasze dzieci do łez i nigdy nie martwi się, że „robi z siebie głupka” nawet kiedy skacze po domu z pióropuszem na głowie i śladami farby na twarzy. A dzieci biegną za nią w kompletnie stukniętym korowodzie.

Za to, że zamiast mówić „ostrożnie” zwykle mówi dzieciom „dasz radę”,a zamiast „popatrz co zrobiłeś” spokojnie mówi „Chodź, naprawimy”. I że nawet to sprzątanie zamienia w zabawę (kto wpadłby na to, żeby mieć specjalną piosenkę do sprzątania? i żeby to było Mission Impossible)

Za to, że jej się chce – biegać po placach zabaw, muzeach, wystawach – wszystkich tych miejscach, które sprawiają, że nasze dzieci śmieją się jeszcze bardziej. Że potrafi pędzić z pracy na złamanie karku, żeby zdążyć na wystawę, albo zwleka się z łożka z niedzielę o 6, żeby być w zoo przed tłumem.

Za to, że pamięta o zebraniach rodziców, dentystach, wizytach, zajęciach. Czasami myślę, że w jej głowie jest jakiś dodatkowy płat mózgu odpowiedzialny tylko za kalendarz. No może jeszcze na kalkulator.

Za to, że przy każdej możliwej okazji szuka sposobności by innym sprawić radość. Podrzuca niespodzianki, organizuje podchody, posyła liściki. I choć czasami myślę, że psuje to dzieci, to ja sam daję się tak psuć z radością.

Za to, że potrafi odpuścić (i choć wiem, że nienawidzi bałaganu) i zamiast biegać z mopem i pucować okna, w Boże Narodzenie ubiera z dziećmi choinkę, śpiewa kolędy i po prostu świętuje. Bo lepsze kolędy na brudnej podłodze niż nerwy na czystej.

Za to, że zawsze najpierw dba o nas wszystkich, że oddaje nam wszystko – czas, energię, ostatni kawałek czekolady. I że sprawia jej to największą radość świata.

Za milion rzeczy innych, których wypisanie tu zajęłoby mi tydzień, którego nie mam, bo muszę pomóc córce robić prezenty. I zupełnie mnie nie dziwi, że córka takiej matki odcięła najcenniejszy z ozdobnych kamyków przy swojej torebce, żeby zrobić dla mamy naszyjnik, oraz rozparcelowała berło Elsy, żeby ozdobić maminą koronę. I sprawiło jej to największą radość świata.