Po ponad 3 latach rodzicielstwa znów jestem ojcem niemowlaka. Oznacza to między innymi, że słyszę znów cudne narracje wszystkich dookoła na temat zachowań niemowlęcych. W tym najgorsze na świecie, najdurniejsze, najbardziej kretyńskie „O, wymusza noszenie” albo „Uważaj, bo będzie wymuszał karmienie”. No żesz psia kość, jakie wymusza?

Przypominam, że po polsku wymuszenie oznacza: „przestępstwo polegające na użyciu przemocy lub groźby w celu zmuszenia innej osoby do określonego zachowania się”. Wymuszać to może gang pruszkowski albo psychol z nożem. Mój syn, miesięcy dwa, nic nie wymusza. Nigdy mi niczym nie grozi, nie używa przemocy i nie zastrasza. Choć krzyczy w niebogłosy lub płacze jak obdzierany ze skóry, on mnie do niczego nie zmusza. On mi najlepiej jak potrafi mówi, że czegoś potrzebuje.

Oczywiście wolałbym, żeby uprzejmie prosiło. Najlepiej jakoś tak wytwornie na przykład „Czy pan może, Panie ojcze, zmienić mi proszę pieluchę”. Ale godzę się z tym, że nie mówi jeszcze. Że jeszcze nie opanował trudnej sztuki oczekiwania, że jeszcze potrafi pokazać, że coś nie tak tylko tym nieszczęsnym krzykiem.

Kiedy więc słyszę współczujące „O, już chce wymusić noszenie” to mówię, że dla mnie to noszenie to przyjemność. Z uśmiechem to mówię. Zupełnie niewymuszonym.