– Ojej i pan z takim maleństwem jechał? – z niedowierzaniem i oskarżycielsko zapytała Pani w hotelu, do którego dotarliśmy na majówkę, skazując palcem na dziedzica (a miał dwa pełne miesiące).

Jechałem. Tak jak z jego siostrą jeździliśmy, lataliśmy, włóczyliśmy się. Jak pamiętacie może, da się z półtorarocznym dzieckiem polecieć do Stanów i się dobrze bawić. Da się każdy weekend spędzać w podróży w taki sposób, żeby każdy w rodzinie się czuł szczęśliwy (przynajmniej przez większość czasu). Z dójką też się da.

W ubiegłym roku znajomi z córką w wieku naszej zapytali „Jak Wy to robicie”. Bo oni raczej nie dalej niż 40-50 km od domu. Bo córka w drodze płacze a na miejscu nie chce spać. Bo oni się męczą pakowaniem wszystkich tych rzeczy. Bo to trzeba taszczyć dużo ze sobą, bo to bo tamto. Chce Wam się? A nam się właśnie strasznie chce.

I żeby była jasność: nas też to czasami męczy. Niesienie ze sobą na spacer: wózka, nosidełka, pieluch, bidonu, przekąsek, ukochanej zabawki, zapasowego ubranka, kocyka to zawsze jest pewna upierdliwość. Tak, czasami tęsknimy za podróżami we dwójkę, kiedy wkładaliśmy małe plecaki i byliśmy gotowi do wyprawy w pół godziny. Tak, nasze dzieci czasami są zmęczone podróżą i wcale nie chcą cichutko spać. Tak, czasami się spocimy i wyglądamy jak ostatnie luje upaciani, spoceni, objuczeni. Ale nadal nam się chce. Z kilku powodów.

Po pierwsze – każde z nas kocha podróżować. Większość moich najpiękniejszych wspomnień wiąże się z podróżami. I nie chodzi wcale,o ładne widoki i lenistwo (choć to też), ale o doświadczenie nowego, o to typowe dla podróży zdziwienie światem. Żadne z nas z tej pasji rezygnować nie chce, więc podróżujemy z dziećmi.

Po drugie – chcę, żeby moje dzieci rozumiały i ceniły to, że świat bywa różny. Że są miejsca i ludzie kompletnie od nas odmienne. Że są miejsca, gdzie to my odstajemy. I żeby tę inność potrafiły uszanować.

Po trzecie – podróże uczą przede wszystkim radzenia sobie. Przynajmniej nasze dość jednak niskokosztowe podróże uczą. Bo w podróży trzeba podjąć decyzję, co zwiedzamy, znaleźć drogę, poprosić o pomoc – oczywiście trzylatka nie ustala za nas tras i nie wypożycza auta na swój zabawny dowód, ale uczestniczy w tych sprawach. Obserwuje nas, uczy się. I z każdą wyprawą staramy się jej pokazać, że zawsze można sobie poradzić, choć czasem kosztuje to nieco trudu.

Po czwarte – te podróże to jest nasz cement. Wspólne przeżywanie nas jednoczy. I choć podobno najwięcej rozwodów notuje się po wakacjach u nas wakacje to czas ładowania rodzinnych akumulatorów. I wierzcie mi, nawet trzylatka (temu młodszemu jeszcze nie dane jest mówić) potrafi powiedzieć, że najfajniej to jak razem coś odkrywamy.

I w końcu po piąte – nasze nomadzie dzieci są mega elastyczne. Łatwo porzucają codzienny rytuał. Nie ma mojego łóżeczka? Spoko! Prześpię się tu. Idziemy spać o innej porze? Luzik. I ten luzik przydaje się zawsze wtedy, kiedy dzieje się coś niespodziewanego. I choć na co dzień dbamy o to, żeby w ich życiu był rytm i przewidywalność, żeby były „kotwice”, to doceniamy, że one te kotwice potrafią sprawnie podnieść.