„Tatusiu, swędzi mnie pupa” zawyła wieczorem córka. „Straaaaaasznie”. Szybko okazało się, że to owsiki. I nie, nie potrzebne były wnikliwe analizy labolatoryjne.

O tym jak się pozbyć owsików napisano już w internecie wszystko. Więc ja dziś nie o tym, ale o tym jak cennej lekcji nam udzieliły te małe cholery.

Otóż walka z owsikami wymaga WIELKIEGO SPRZĄTANIA WSZYSTKIEGO. Ale takiego do spodu. Pamiętacie katorgę sprzątania przed świętami w rodzinnych domach? Jeśli mieliście rodziców, którzy z tej okazji szczoteczką do zębów wymywali brud zza szafek w kuchni, to mniej więcej łapiecie skalę.

Zaczęliśmy więc to wielkie sprzątanie od pokoju dziecinnego i … psia jucha ileż tam jest rzeczy. Pierdyliard zabawek, milion ubranek, gry, sprzęty sportowe, książki i książeczki, farbki, flamastry, kredki, kleje, linijki itd. itd. Większość od miesięcy nie widziana, bo tkwi za głęboko w szufladach i szafkach.

Wyciągałem kolejne warstwy tych cudów, myłem, suszyłem i umierałem trochę w środku z frustracji i przygnębienia. A kiedy dotarłem do końca zrozumiałem dlaczego moje dziecko nie ma szans zrobić porządku w tej obfitości. Ja ledwo dałem radę. Utopiliśmy nasze dziecko w nadmiarze zabawek.

Postanowiłem więc uprościć życie nas wszystkich i wszystkie zabawki przeszły segregację. Kupki były 3: zostaje, do szafy (czyli teraz nie bawię się tym za chętnie, ale chcę zachować zabawkę na potem) i dla innych. Tłumaczenie córce, że nie wszystko zostanie zajęło mi 40 minut. Ale zrozumiała i podjęła wyzwanie. Posegregowaliśmy więc ten dobytek. Zostało mniej więcej 60% zabawek. Reszta trafiła do szafy lub do sklepu charytatywnego. W pokoju zapanował porządek. (Względny, rzecz jasna).

I choć nadal spokojnie da się zredukować liczbę zabawek pod ręką o przynajmniej połowę, to już jest lepiej. Mamy więcej miejsca, mniej chaosu. I jak z bajkami – stale wracamy do tych samych, wcale nie potrzeba nam co chwile nowej.

Przy okazji wprowadziliśmy prośbę do gości „nie przynoście nam rzeczy”. Tłumaczymy dziadkom i ciociom, które czują się w obowiązku coś przynieść. „Chociaż coś małego”, czyli miliardową figurkę/naklejki/zabaweczkę, która trafi na dno szuflady zanim jeszcze zdążymy zamknąć za gościem drzwi. Trudno to idzie, ale zaczynają rozumieć. Ostatnio córka dostała bilety do teatru dla dzieci i sadzonkę tulipanów do posadzenia na balkonie. Oba prezenty zrobiły furorę. Żaden nie zajmuje miejsca.

Choć więc zabrzmi to idiotycznie: jestem wdzięczny owsikom, bo wraz z nimi odszedł straszny zwyczaj nieustannego gromadzenia.