Jak już chyba pisałem, trafiliśmy świetnie z przedszkolem. Zwykłe, osiedlowe państwowe przedszkole. Budynek z lat 70-tych. W środku skromnie, choć czysto i ładnie. Za to panie – marzenie. Ewidentnie od pani dyrektor po panie pomagające – wszyscy kochają to, co robią. I nie lubią nudy. W rezultacie codziennie dzieje się „coś” – bal, eksperymenty, teatrzyki. A od kilku dni nowość – pytania do domu.

Przy odbieraniu dzieci odkrywamy nowe pytania „zadane na jutro”. Wczoraj na przykład były z kategorii „jaja”.

Co więc się dzieje w domu w związku z tą pracą domową? Córka zaczyna dopytywać, pokierowana szuka w książeczkach. Jeśli nie ma w książeczkach domowych, idziemy do biblioteki. Oczywiście doceniam, że pytania są na tyle proste, że znam odpowiedzi i jak nie ma czasu na wielkie poszukiwania to po prostu odpowiadamy i mamy z głowy. Ale po kilku dniach już widzę, jak dużą atrakcją jest szukanie nowych informacji. Jak dużą atrakcją jest dla niej szukanie tych informacji z nami. Jak szybko rytuałem stało się wieczorne debatowanie o cudach natury, życiu mrówek i innych ciekawostkach.

Jedno z rodziców w naszej grupie skarżyło się, że te „prace domowe” to masakra i za wcześnie. Trochę rozumiem lęk przed szykowaniem trzylatków na uczniów. I daje słowo, że gdyby przygotowanie odpowiedzi zajmowało więcej niż 15 minut (nie wliczam czasu dotarcia do biblioteki, bo w tym główną atrakcją były jednak wyścigi hulajnogowe), to pewnie bym protestował. Ale w tej formie te „prace domowe” mają dwa rezultaty: – moje dziecko zadaje coraz więcej pytań o to jak działa świat i coraz chętniej szuka odpowiedzi, nasze popołudnia zyskały nowy, fajny rytuał.