Kiedy poznałem moją żonę, świetnie gotowała i kochała to robić (i nadal tak ma). Przyjąłem to więc za pewnik. Kompletnie zdębiałem, kiedy teściowa wyjawiła, że jako nastolatka i studentka, moja kochana żona deklarowała, że nienawidzi gotować.

Żona zmilczała wtedy zarówno komentarz swojej mamy jak i moje zdumienie. Później wytłumaczyła mi, że nienawidziła gotować przez swoją mamę właśnie. Z jednego prostego powodu: wiecznego poprawiania.

„Nie tak. Daj ja zrobię”

Jak wiele kobiet w jej pokoleniu, moja teściowa jest domową perfekcjonistką. Błyszczące meble, wyprasowane chusteczki do nosa, podłoga z której można jeść – znacie pewnie ten model.  Niestety, oznacza to, że każda czynność ma „wzorzec z Sevres”, do którego należy dążyć. Marchewkę najlepiej obierać nożykiem od góry do dołu, szklaneczki przecierać tylko ściereczką bawełnianą, nigdy flanelową itd, itd. Oczywiście w gotowaniu podobnie. Żona opowiadała więc zabawne dziś, ale w latach dzieciństwa najwyraźniej traumatyczne historie o tym, jak źle pokroiła marchewkę, jak mama poprawiała ją przy wycieraniu talerzy (tak, tak, można źle wytrzeć talerz) itd. „Przez te wszystkie poprawki wiedziałam, że jestem beznadziejna w kuchni. No a jak można lubić coś, w czym się jest beznadziejnym?”tłumaczyła mi dorosła już żona.

Rozwiązania zamiast lamentowania

Przypomniałem to sobie ostatnio, kiedy z irytacją patrzyłem jak moja kochana trzylatka rozlewa mleko próbując trafić nim do szklanki (bo postanowiły z mamą zrobić naleśniki). Już miałem otworzyć paszczę, że „ojej, ostrożnie”, na szczęście wyprzedziła mnie żona, która zaśmiała się na widok kałuży i wesoło zawołała do córy: „O nie, kałuża, wycieramy szybko”. I młoda chichocząc złapała za ściereczkę, wytarła rozlewisko, umyła łapy i wróciła do pracy nad naleśnikami.

A ja stałem obok i myślałem, jak głupi schemat uruchomił się w mojej głowie: wylała, jest brudno, będę musiał sprzątać, jest kłopot, o nie. Tymczasem w głowie mojej żony ruszyło: wylała, musi sprzątnąć, po problemie.

W rezultacie moja reakcja nauczyłabym córkę, że jest niezdarą, reakcja mojej żony zaś uczy ją, że coraz lepiej jej idzie a jak jest problem, to trzeba go rozwiązać.

Oczywiście to banalny przykład, mała szkoda i ogólnie prosta sytuacja. Są sytuacje, w których znacznie trudniej przyjąć stoicką postawę. Ale zachęcam Was (i siebie samego), żeby w każdym potknięciu widzieć staranie, a każdy problem uznawać za szansę na naukę rozwiązania.

I na koniec idealnie pasujący dziś Korczak:

„Dziecko chce być dobre,

Jeśli nie umie – naucz

Jeśli nie wie – wytłumacz

jeśli nie może – pomóż.”