Psychologowie zalecają – im mniej czasu przed ekranem tym dzieci zdrowsze. Wzięliśmy to sobie do serca i przez pierwsze 3 lata moje dziecko bajek niemal nie znało. Znacznie ułatwia sprawę oczywiście brak telewizora w domu – nie da się łatwo o dowolnej porze kliknąć w pilota i wpiąć w bajki. Uff.
Czasami jednak, jak każdy rodzic na świecie (a istnienie rodziców, którzy tak nie miewają traktuję jak istnienie Yeti), potrzebuję trochę czasu dla siebie. Zwłaszcza kiedy dzieci chorują i siedzimy w domu. A już najbardziej, kiedy chorujemy wszyscy i nie dość, że siedzimy w domu, to jeszcze brak mi sił nawet na rozrywki typu „Wielka księga przyrody”.

Audiobooki – lek na całe (chorobowe) zło

Przygodę ze słuchowiskami zaczęliśmy od Bajek Grajek puszczanych w czasie długich podróży w aucie. Nic tak nie uspokajało znużonej podróżą córki jak Przygody Piotrusia Pana czy Chatka Puchatka. Słuchaliśmy namiętnie, po jakimś czasie wszyscy już śpiewaliśmy w drodze, a ledwo gadająca córka zaskakiwała nas czasami w domu jakimś zaczepnym cytatem z kapitana Haka.

Od kiedy podrosła nieco, w miejsce rozśpiewanych Bajek Grajek wskoczyły regularne audiobooki dla dzieci. Dzieci z Bullerbyn przesłuchaliśmy pewnie już ze 30 razy. Nie ma, daję Wam słowo, przygody Lisy, której bym nie znał na pamięć. Córka oczywiście też. Mimo to, nadal regularnie domaga się włączania tego słuchowiska.

A kiedy włączamy, staje się cud. Moje kochane, żywe, niecierpiące nudy dziecko, zasiada na krzesełku, nadstawia uszu i słucha uważnie. Mimo, że nic się nie rusza, nic nie animuje, nic nie lata i nie błyska. Jest tylko lektor i wyobraźnia. Szukaliśmy badań, które jakoś sensownie pokazywałyby wpływ audiobooków na dzieci. Niestety w przeciwieństwie do wpływu TV, wpływ słuchowisk nie jest dobrze opisany. Postanowiliśmy więc spokojnie obserwować, jak nasza córka reaguje.

Jak audiobooki wpłynęły na moje dziecko

Po 3 miesiącach widzę kilka wyraźnych pozytywów:

a) znacznie dłużej skupia się na historii, której nie towarzyszą obrazki. Jeszcze 3-4 miesiące temu przy wieczornym czytaniu źle znosiła książki, na których było więcej niż 7-8 linijek tekstu per strona z obrazkiem. Dziś spokojnie przyjmuje stronę a4 tekstu w towarzyszeniu 1 małego obrazka

b) „Tato, słyszę stąpanie, kryj się bo dostrzeże nas wilk” – takie ostrzeżenie z ust 3,5 latki zaskoczyło mnie ostatnio. Bo audiobooki znacząco poszerzają jej słownictwo. Oczywiście, nie zawsze jestem w stanie stwierdzić, które konkretne słowa zna z audibooka, co podłapała z przedszkolu a co jeszcze wypracowaliśmy wspólnymi godzinami zabaw i czytania, ale zdecydowanie rozpoznaję część haseł ze słuchowisk.

c) Ćwiczy pamięć. Nie zakładam, że znajomość realiów życia w XX wieku na szwedzkiej wsi jest kluczowa dla rozwoju mojego dziecka, ale myślę, że zapamiętywanie tych wszystkich szczegółów, które opisuje Lisa jest fajnym ćwiczeniem pamięci. O tym, jak dobrze zapamiętuje, przekonałem się ostatnio, kiedy na fali miłości do Bullerbyn, zakupiliśmy książkę. Pech chciał, że tłumaczenie nieznacznie się różni. Ileż się napoprawiała 🙂

d) Kiedy kończymy słuchać, córka spokojnie zaczyna zajmować się czym innym. Nigdy, przenigdy po nielicznych przygodach z kreskówkami (a i tak wybieraliśmy najspokojniejszą w kosmosie Peppę lub powolnego Kubusia Puchatka) pokaz nie zakończył się pokojowo. Każde zakończenie oglądania wiązało się z protestami i szlochem. Przy audiobookach to odstawienie jest o niebo spokojniejsze. Nie mam pojęcia z czego to wynika. Trochę wierzę, że pokazuje o ile bardziej uzależniające są kreskówki.

I oczywiście audiobooki nie powinny zastępować czytania z rodzicem, bo to zupełnie inna czynność, która pozwala nam budować relację, buduje dobry wzorzec czytelnika i daje rodzicowi możliwość tłumaczenia świata.Moim zdaniem jednak stanowią zdrowszą, bardziej rozwijającą alternatywę dla kreskówek.