Najpiękniejszy dialog z dwulatkiem, który w życiu słyszałem brzmiał mniej więcej tak:

Syn: To moje!

Ojciec: Tak, Twoje.

Syn: Nie Twoje, moje.

Brzmi znajomo? Jak świat długi i szeroki dwu-trzylatki protestują. Przeciwko rzeczom fundamentalnym i zupełnie zaskakującym. A rodzice świata szukają sposobu na „bunt dwulatka”. Tymczasem pierwszym krokiem, który warto zrobić jest rezygnacja z tego określenia. Bunt zakłada, że Twoje dziecko robi coś wbrew Tobie. A zupełnie nie o to mu zwykle chodzi. Ono po prostu właśnie odkrywa, że samo chce coś zrobić. I choć od początku życia było Ci właściwie bezgranicznie posłuszne, właśnie uczy się, że jest osobną osobą. Ze swoimi potrzebami, ze swoimi upodobaniami, ulubionymi smakami, zabawami, kolorami. W dodatku właśnie uczy się, że może SAMO robić wiele rzeczy. Włożyć buty, wspiąć się na swoje krzesełko, może nalać sobie wody do kubeczka.

Ta samodzielność niby nas cieszy, wzrusza, napawa dumą. Ale do czasu. Do momentu, kiedy się spieszymy a dziecko drze się w niebogłosy, że przecież ono samo się ubierze (co oczywiście trwa miliard cennych minut). Do dwudziestego razu, kiedy obok kubeczka pojawia się kałuża wody z butelki, do miliarda razów, kiedy na twoje pytanie/prośbę/propozycję pada okrutne, zdecydowanie NIE!

I tu pojawia się nasza wielka wewnętrzna rodzicielska sprzeczność, którą pięknie opisuje cytat z książki „Dobra relacja” Małgorzaty Musiał:

Chcielibyśmy aby nasze dzieci, wypuszczone w świat, były asertywne, samodzielne, myślące, potrafiły mówić „nie”. Ale kiedy są w domu, chcemy przede wszystkim, aby robiły to, co się im każe

W moim przypadku to prawda. Bolesna ale też otwierająca oczy. I mnie w poradzeniu sobie z rosnącą autonomią dziecka pomogły dwie rzeczy:

  • uświadomienie sobie, że to właśnie nie żaden wymierzony we mnie „bunt”, ale nauka samodzielności (również w podejmowaniu decyzji)
  • proste ćwiczenie, które podpowiedziała nam pani przedszkolanka: liczenie ile razy w ciągu dnia dziecko mówi na nasze propozycje ochocze tak

Nie jest bowiem tajemnicą, że lepiej zauważamy to, co nam przeszkadza. I dokładnie tak jest z dziecięcymi odpowiedziami. Nie widzimy tych 100 przypadków, kiedy nasze dziecko mówi „ok”. Widzimy te 5 kiedy mówi „nie”.

Zrobiłem to ćwiczenie w domu. Zrobiło kilku bliskich kumpli. Wszyscy zgodnie uznaliśmy, że dzieci zgadzają się z nami w przerażającej części przypadków. I tą perspektywą znacznie łatwiej przyjąć te ich protesty.