Rozmawiałem ostatnio ze świeżo upieczonym ojcem, szczęśliwym, przejętym, niepewnym. Przypomniałem sobie przy okazji pierwsze dni z pierworodnym. I wszystkie rzeczy, których nauczył mnie pierwszy tydzień rodzicielstwa.

1. Google to wróg

Jak w wielu sytuacjach, kiedy brak mi wiedzy – w pierwszych dniach googlałem wszystko: od koloru kupy po niegojący się pępek. Google zwracało miliony odpowiedzi. Miliony. Na sam kikut pępowiny można znaleźć 60 000 linków. Wiele z nich sprzecznych ze sobą, wiele autorstwa, samozwańczych, nieznanych „ekspertów”. Po tygodniu wiedziałem, że wg googla każda przypadłość dziecięca oznacza raka i śmierć. I przestałem googlać.

2. Dobry pediatra to złoto

Po odrzuceniu googla, pozostała luka informacyjna. Na szczęście w przychodni rejonowej trafiliśmy na świetną pediatrę. Taką, co nie tylko cierpliwie wszystko tłumaczyła, ale i nie zmuszała nas do idiotycznych dyskusji w stylu: dlaczego roczne dziecko nadal karmione jest piersią, dlaczego przy mrozie wychodzimy na dwór (ze zdrowym dzieckiem, rzecz jasna) itd. A choć ciężko w to uwierzyć w 2015 nadal trafiali się pediatrzy zalecający przestawianie na mleko modyfikowane po 6 miesiącu czy zalecający przepajanie soczkami. Dobry pediatra, to jest wasza gwarancja spokoju.

3. Każdy będzie miał świetne rady

„A czy temu dziecku nie jest zimno?”, „Nie noś, bo przyzwyczaisz”, „Najlepiej odbijać dwukrotnie”, „Powinno leżeć na brzuszku”, „Nie kładź na brzuszku” i tak dalej i tak dalej, porady poleją się strumieniami. Od bliskich i zupełnie obcych. W dobrej wierze. Kompletnie bez sensu.

Małe dziecko aktywuje bowiem w społeczeństwie najwyraźniej instynkt stadnej odpowiedzialności. Największy problem jednak z nimi tkwi w tym, że w pierwszych tygodniach trudno się (bez względu na ich zasadność) nimi nie przejąć.

Pamiętam do dziś jak moja żona wróciła ze spaceru z dwu lub trzytygodniowym pierworodnym cała we łzach, bo przypadkowa „wielka baba” zajrzawszy do wózka zawyrokowała, że „to dziecko jest za chude, niech je pani dokarmi mieszanką”. Dodam, że był grudzień, dziecko zakutane i zasadniczo wystawał mu kawałek nosa. Babie wystarczyło. Mojej żonie wystarczyła baba, żeby ją w tej jej początkowej niepewności na chwilę zniszczyć.

Dajcie więc sobie wzajemnie dużo wsparcia, innych mniej lub bardziej ignorując. Bo i tak…

4. Najlepiej zaufać intuicji

Nie mówię, żeby nic nie czytać i się nie przygotowywać. Mnie dużo dało spotkanie z fizjoterapeutką, która pokazała nam jak nosić i prawidłowo układać malucha. Moja żona doceniła położną laktacyjną. Z naszego doświadczenia – najcenniejsze były wszystkie „lekcje” dotyczące „techniki”.

Wszelkie porady filozoficzne tylko mąciły. Nosiliśmy więc, kiedy płakało, bo choć stara położna środowiskowa mówiła, że „się nauczy”, my ufaliśmy, że jeśli człowiek prosi o pomoc, to mu się pomaga a nie daje lekcję. Nie słuchaliśmy o dzieciach francuskich czy trenowanych, bo to nie dla nas. Zaufajcie więc sobie. Natura nie jest głupia – podpowie.

5. Wszystko mija

No dobra, ta nauka przyszła później, ale chcę ją przekazać wszystkim młodym ojcom, bo to fundament, na którym można budować spokój. Każda gorączka, kolka, problem z karmieniem, niepokój – w końcu miną. I choć trudno w to uwierzyć, kiedy trzecią godzinę nosisz po domu płaczące „niewiadomodlaczego” dziecko, to na prawdę wkrótce będziesz się z tego śmiał. Najlepiej podsumował to kiedyś w rozmowie Tomasz „Zawsze w końcu usypiają”.