Anastazja Knyazeva z Rosji ma na Instagramie półtora miliona obserwatorów. Dla mniej zaznajomionych z tym medium społecznościowym – to duuużo. Anastazja pracuje jako modelka. Może pochwalić się wieloma kampaniami reklamowymi, za które zarobiła pewnie już niemałą sumkę. I pewnie nic by mnie w tej historii nie szokowało. Ot, kolejna gwiazda instagrama. Tyle tylko, że Anastazja nie jest dorosłą kobietą, która sobie takie życie wybrała. Anastazja ma 7 lat. Siedem.

Ta siedmiolatka, która na zdjęciach przypomina mi bardziej wystylizowaną porcelanową lalkę niż realne dziecko, została okrzyknięta przez internet najpiękniejszą dziewczynką na świecie. Etykietkę i sławę „zawdzięcza” swojej mamie, która regularnie publikuje w internecie zdjęcia córki.

Sprawa podzieliła świat.

Jedni matce przyklaskują, rozpływając się nad urodą dziewczynki i zostawiając pod zdjęciami tysiące lajków. Drudzy ze zdziwienia przecierają oczy i wylewają na rodzicielkę falę krytyki za wciąganie małej w bezwzględny świat wirtualnej oceny.

Mi zdecydowanie bliżej do tych drugich.

Bo choć córki nie mam, to wiem w jak trudnym świecie przyszło żyć dzisiejszym kobietom. Że co dziennie atakowane są przez profile takich nierealnych ideałów. Wiem, bo wiele wysiłku i pracy nad sobą zajęła mojej żonie walka z tym wykreowanym, krzywdzącym oczekiwaniem wobec kobiet i zaakceptowanie siebie. I wiem, że gdybym tę córkę miał, chciałbym, żeby „lajki” i internetowe komentarze były ostatnimi z rzeczy, które determinowałyby jej szczęście czy poczucie własnej wartości. I bez konta, które obserwują miliony osób to ekstremalnie trudne zadanie.

Tej siedmiolatce z Instagrama po ludzku po prostu współczuję. A jej matka, zamiast nadrabiać córką, powinna chyba sama uporządkować sobie najpierw kilka rzeczy.