W mojej klasie w podstawówce był Wojtuś. Biedny, pierdołowaty Wojtuś. Zawsze na końcu w każdej dyscyplinie. Lubiłem Wojtusia, ale ze wstydem przyznaję, że do drużyny nie wziąłem go nigdy. Był fajnym chłopakiem, ale sprawności mógł innym tylko zazdrościć.

Wojtusia spotkałem kilka lat temu już jako Wojtka. I padłem. Otóż Wojtek zajmuje się zawodowo sportem. Uczy dzieci sztuk walki. Założył nawet szkółkę. Nie musiałem pytać „Jak to możliwe?”. Wojtek sam ze śmiechem zaczął opowiadać swoją historię.

Byle tylko nic mu się nie stało

Wojtuś był późnym dzieckiem, wyczekanym przez rodziców. Kiedy się urodził rodzice nie mogli uwierzyć własnemu szczęściu. I za wszelką cenę nie chcieli tego szczęścia stracić. Dbali więc o Wojtusia jak umieli najlepiej. A dbali głównie ostrzegając go przed każdym możliwym niebezpieczeństwem. KAŻDYM. Wysoko rozbujaną huśtawką, zabawą w pełnym zarazków błocie, pościgiem po korytarzu, jabłkiem ze śmiercionośną skórką. Słowem, które Wojtuś słyszał od rodziców najczęściej było „Uważaj”. Pełne czułej troski, wypowiadane w najlepszych intencjach, zabójcze dla jego poczucia własnej sprawczości. Wojtuś uważał więc i nie wspinał się, nie szalał, nie kopał piłek i coraz bardziej odstawał sprawnością od mniej uważnych kolegów.

Cała podstawówkę i większość ogólniaka unikał jak ognia każdego wyzwania. Najpierw dlatego, że mama ostrzegała, potem dlatego, że nie przetrenowawszy wszystkich głupich harców w dzieciństwie, teraz z wieloma wyczynami sobie nie radził. WF’y były więc naturalnie wyzwaniem, ale to rodzicielskie „uważaj” wryło się głębiej niż tylko w sporty. Wojtek był głęboko przekonany o tym, że jest pierdołą. Nie próbował nawet walczyć z tym. Do czasu.

Jedno ważne słowo

W 3 klasie liceum trafił na mądrego nauczyciela. Pan Stanisław uczył chemii, miał coś trochę ponad sto lat i wyjątkowo polubił pierdołowatego ucznia. Kiedyś zobaczył jak Wojtek siedzi ponuro na korytarzu w czasie, kiedy wszyscy rypią w piłkę, podszedł, siadł ciężko obok i powiedział tylko: „Spróbuj”. Wojtek nie spróbował od razu, ale spróbował. Zaczął od sportów samotniczych. Najpierw biegał, potem zaczął pływać, jeszcze później zaczął trenować na siłowni. Czwartą klasę kończył już jako sprawny chłopak. A potem, choć wybrał zupełnie inne studia, sportu już nie porzucił. Dziś mówi, że uczy dzieciaki nie tylko sztuk walki ale przede wszystkim tego, że choć trzeba uważać, jeszcze ważniejsze jest by próbować.

Nie wiem, czy wiedział, że udziela mi ważnej lekcji rodzicielstwa. I choć czasami najchętniej zamknął bym swoje dzieci pod kloszem, staram się częściej mówić „Spróbuj” niż „Uważaj”.