Mój niespełna dwuletni syn jest zagorzałym fanem wszelkiego rodzaju koparek, walców, dźwigów, pogłębiarek i spycharek. Mógłby spędzać 24 godziny na budowie. Ja już niekoniecznie. Zwłaszcza przy temperaturach poniżej zera…

Półgodzinne przerwy w spacerze na podziwianie placu budowy. Szczęka rozdziawiona jeszcze godzinę po minięciu rozkopów. Znacie to? Maszyny budowlane mają w sobie jakąś nieodgadnioną magiczną moc, która hipnotyzuje większość dzieciaków. A na pewno moje.

Dlatego cieszę się, że w końcu trafiłem na książkę, którą syn ogląda z zapałem niemal równym podziwianiu placu budowy. Chodzi oczywiście o książkę Britty Teckentrup „24 godziny. Coś się dzieje na budowie!”.

 

Mój syn ją uwielbia!

I może oglądać bez przerwy. Ze mną i sam, bo książka właściwie prawie nie ma słów. Jest za to duża i wypełniona wielkimi ilustracjami, na których aż roi się od kolorowych szczegółów. I to jakich szczegółów! Bo bohaterami tej książki nie są ludzie a… zwierzęta. Niech was nie zdziwi więc, że na tej budowie to niedźwiedź jest inżynierem, hipopotam szpachluje ścianę, a pies obsługuje młot pneumatyczny. Na stronach nie zabraknie oczywiście też ulubionych koparek i spółki. Mi książka stylem przypomina trochę serię Na ulicy Czereśniowej. Którą też uwielbiamy.

Do tego szczegół, który dla mnie akurat jest bardzo istotny – ilustracje w książce „24 godziny. Coś się dzieje na budowie!” są ładne i estetyczne. Mam wrażenie, że autorka (Britta Teckentrup studiowała ilustrację i sztukę w londyńskich St. Martin’s College i Royal College of Art) potraktowała małego czytelnika poważnie. Co niestety, wcale nie jest dziś takie częste, a większość książek dla dzieci jest dla mnie po prostu brzydka.