Te pierwsze lata rodzicielstwa delikatnie mówiąc były ciężkie. Mnie jako introwertyka bardzo ceniącego swoją wolność i przestrzeń trochę to przerosło. Nagle śpimy we trójkę, a cały mój czas jest z tym małym Nim. Do tego jeszcze pierwszy syn był tym dzieckiem co ma kolki i płacze. Ty nie wiesz co robić, jak pomóc, on płacze. W domu frustracja.

Kilka lat mi zajęło, aby naprawdę zaaklimatyzować się w rodzicielstwie. Następnie, kiedy już złapałem lekki oddech w tych pierwszych latach rodzicielstwa, a młody zaczął chodzić, reagować, ba rozśmieszać nas bez końca tymi swoimi zdaniami perełkami, co tylko dziecięce umysły umieją je stworzyć. Na tej fali wesołości i słodkości spontanicznie zdecydowaliśmy się na drugie dziecko. Nagle było nas już czworo w jednym łóżku i przestało mi to przeszkadzać. Potem pojawił się jeszcze jeden bąbel i nie wiem kiedy zaczęło być super.

Bardziej niż cokolwiek innego w moim życiu wczesne rodzicielstwo było chaosem.

A teraz, gdy dzieci już są takie jakieś za duże, żałuję, jak szybko to się stało. Chcę zamrozić czas. Smakować tych dni kiedy byli mali raz jeszcze. Chcę przeżyć jeszcze raz, uczyć ich jazdy na rowerze albo jak kładli się spać i skamlali o opowiedzenie jeszcze jednej bajki. Nawet jak sprintem wbiegali do naszej sypialni około 4 rano z informacja, że pokonali  wszystkie potwory stojące w przedpokoju.

Brakuje mi tego bardzo.

Teraz patrzę i widzę, jak znika z nich dziecko. Kręgosłup staje się silny i samodzielny, a ten słodki głos przedszkolaka zanika. Czas ucieka. I ja niby gdzieś słyszałem, ale nie wiedziałem, że to tak szybko się stanie.

Ten początkowy choas zamienił się  szybko w spełnienie. Dziś widzę, jak każdy moment z nimi jest dla mnie cholernie święty.