Prace domowe od kilku tygodni są jednym z najgorętszych tematów dyskusji. Z tej okazji dziś i mój głos w sprawie protestu rodziców. Zanim jednak do samych prac domowych przejdziemy, zacznę od przypowieści.

„Wieczorem muszę popracować”

Znacie ten moment, w którym wracacie do domu po pracy i macie w głowie tę smutną perspektywę, że wieczorem czeka Was jeszcze kończenie projektu? Ja niestety znałem doskonale. Miesiącami tkwiłem w koszmarnej pracy. Po 10 godzinach w firmie wracałem do domu jak zombie i po szybkiej kolacji i zdawkowej rozmowie z rodziną siadałem do komputera. Bo trzeba było dokończyć zlecenie, oddać projekt, dogonić deadline. Byłem wiecznie zmęczony, zwykle wkurzony, a praca stała się smutnym przymusem. Co najgorsze wydawało mi się, że tak „musi być”.

Nasze dzieci czują się podobnie

Kiedyś dwunastoletni siostrzeniec, patrząc na obłęd w moich oczach,współczująco poklepał mnie po ramieniu i powiedział „Znam to, wujek”. Uśmiałem się wtedy, ale dziś wiem, że faktycznie to znał. Wracał do domu po szkole, jadł obiad i siadał do lekcji. W środy i piątki dodatkowo wciskał w plan zajęcia dodatkowe. Dwunastolatek wyrabiał tygodniowo normy czasu pracy godne najlepszych korporacji.

Obaj mieliśmy to niebezpieczne przekonanie , że czas wolny i odpoczynek to strata czasu. Że normalnością jest praca po pracy.

Dlatego cieszy mnie, że do szkół w całej Polsce zaczęły napływać podpisane przez rodziców oświadczenia, że nie chcą prac domowych.  Znajduje się w nich deklaracja, że zadawanie prac domowych uznane zostanie przez rodziców za naruszenie konstytucji.

I choć te wielkie słowa mogą wydawać się śmieszne w kontekście dobrej, starej pracy domowej, to śmieszne wcale nie są. Jako szczęśliwy ojciec przedszkolaka, mogę każdego dnia spędzić z dzieckiem kilka świetnych godzin między przedszkolem a snem. W tym czasie nie odrabiamy pracy domowej, w tym czasie gramy w piłkę, rysujemy, czytamy, czasami po prostu łaskoczemy się i dziko ganiamy po domu. To jest ten czas, kiedy odpoczywamy, kiedy możemy faktycznie pobyć razem, w którym budujemy bliskość.

Ale jest to również czas, w którym młode się rozwija. Uczy się kopać piłkę. Każe mi jeździć swoim paluchem po mapie i pokazywać gdzie mieszkamy my, a gdzie babcia. Rysuje namiętnie. Gotujemy razem, sprzątamy, uczymy się żyć.

Kiedy dziś myślę, że prace domowe pozbawią nas większości tego czasu, to trafia mnie szlag. Wiem,  że dwunastolatek w przeciwieństwie do czterolatka, znakomitą część czynności domowych czy podwórkowych już zna, to wiem, że jest miliard rzeczy, których może się nauczyć nie tyle z książek ile z życia. I dodatkowe prace domowe mu w tym nie pomogą