Jeśli spytałbyś mnie dwa lata temu, jak widzę rolę ojca, bez wahania odpowiedziałbym, że ojciec to opoka, fundament, który podtrzymuje całą rodzinę. Że kto jak kto, ale ojciec to musi być silny. Musi dawać radę. Wspierać żonę psychicznie i fizycznie w trudnym czasie. Dbać o finanse rodziny. Mieć nieskończone pokłady energii, dawać z siebie sto procent w pracy i w domu. Ale nie tylko ja postrzegałem tak rolę ojca.

Bycia bohaterem rodziny „niedozajechania” oczekuje od ojców także społeczeństwo. Taka jest norma.

No to byłem takim ojcem. Po dwóch tygodniach urlopu związanego z narodzinami syna (bo na więcej nie pozwalały moje zobowiązania zawodowe) wróciłem do pracy. I… zaczął się maraton. Pobudka o piątej. Przed pracą zdążyć nakarmić butlą dziecko – żeby żona mogła chwilę dłużej pospać, przed nią przecież trudny dzień. Jeszcze tylko odbeknięcie, przewinięcie, przebranie i można jechać do pracy. Tam raz osiem raz dziesięć godzin nerwówki i walki, żeby dać z siebie wszystko. Bo jak nie dam, to „znajdzie się inny na moje miejsce”, a przecież teraz polega na mnie cała rodzina. Powrót do domu – przejęcie obowiązków i kąpiel małego. W końcu mogę z nim spędzić trochę cennego czasu. A przy okazji odciążyć żonę. To położę już go też spać. Żonie oczy same się zamykają, pada ze zmęczenia o 23. To ja poczekam w takim razie do dwunastej i dam synkowi butelkę. Jeszcze tylko odbeknąć, przewinąć i mogę iść spać. Spokojny. W poczuciu, że kolejny dzień dałem radę. Byłem ojcem i mężem idealnym. Robiłem to, czego od ojca się oczekuje. No bo przecież „sam, chciałeś dziecka, to teraz nie narzekaj”. A w ogóle, kto to widział, żeby facet narzekał i się żalił, że ciężko. „Ty nie dasz rady?”, „jak nie ty, to kto?”.

I tak przez rok chyba toczyła się we mnie ta wewnętrzna walka. Między przymusem robienia wszystkiego samemu (musiałem przecież udowodnić, że jestem dobrym ojcem, nie?) a głosem, który karmił mnie kłamstwami mówiąc, że okażę się słabeuszem, jeśli poproszę o wsparcie i przyznam, że już nie daję rady. Ta walka rozrywała mnie od środka jak granat za każdym razem, gdy myślałem o tym, że potrzebuję pomocy.

Odmawiałem sobie prawa do proszenia o nią, choć czułem, że nie daję już rady, a praca na dwa etaty – dom, biuro – mnie wykańcza.

Ta nierówna walka (bo żaden głos nie mówił mi przecież – stary, odpocznij, powiedz coś, powiedz jej, że nie dajesz rady, że musisz odsapnąć, bo zwariujesz) musiała doprowadzić mnie do punktu, gdzie czułem się tak źle, że chyba zazdrościłem ludziom bez dzieci. Wszystko to, bym zrozumiał, że rola, w którą tak usilnie starałem się wcielać każdego dnia wcale nie musi być normą. I nie jest normą. Że to my jako rodzina tworzymy swoją normę. Dopiero rozmowy z innymi (szczerymi) ojcami uświadomiły mi, że nie ja jeden tak czuję. Że nie ja jeden biorę na swoje barki więcej niż chcę i jestem w stanie unieść. Że ten ciężar odbiera mi radość z ojcostwa, którym przecież powinienem się tak cieszyć! I nie ja jeden odbierałem lęk, nerwy, zmęczenie i ogromną presję po narodzinach dziecka jako słabość, do której nie mam prawa jako głowa rodziny.

Ten rok był cholernie ciężki, ale paradoksalnie pomógł mi stać się lepszym mężczyzną. Lepszym dla samego siebie. O rety! O ile łatwiej mi, kiedy potrafię zaakceptować to, że czasem sam nie daję rady, że ja też potrzebuję pomocy. Że to normalne się bać. O ile łatwiej jest umieć prosić o pomoc, nie karcić się za potrzebę odpoczynku.

I o ile łatwiej jest toczyć tę wewnętrzną walkę mając po swojej stronie wsparcie w postaci mnie – nieidealnego ojca i męża.