Po roku posiadania dziecka wciąż wiemy pewnie niewiele, ale co do jednego nie mamy wątpliwości – na pewno drugi raz nie kupilibyśmy wózka dwa w jednym. O ile przy gondoli nam to aż tak nie przeszkadzało, to powiedzieć, że spacerówka na ciężkim, topornym i niezwrotnym stelażu nie zdała egzaminu, to nie powiedzieć nic.

Szukając nowej spacerówki wiedzieliśmy mniej więcej (choć chyba raczej więcej) na czym nam najbardziej zależy. Szukaliśmy przede wszystkim czegoś lekkiego – tak, żeby bez zadyszki moja żona mogła sama wnieść wózek po schodach albo włożyć do auta. Musiał być on też na tyle mały, żeby nie zajmował w podróży połowy auta – tak auta, nawet nie bagażnika. Nasza poprzednia spacerówka zajmowała stelażem cały bagażnik, a siedziskiem jeden z foteli, więc ten warunek naprawdę nie trudno było spełnić. Zależało nam też, żeby był zwrotny i łatwy w prowadzeniu.  Zakładamy, że lada dzień jedną ręką będziemy musieli trzymać dziecko, a drugą wózek, więc ważne dla nas było, czy da się go sterować jednorącz. Przy starej spacerówce nawet dwie ręce to wciąż za mało…

Tyle o naszym komforcie. Ale zakładaliśmy, że warto zadbać (mimo wszystko…) też o wygodę syna. Dlatego wybierając spacerówkę zwracaliśmy uwagę na wielkość budki, stopień rozłożenia siedziska, czy jest podnóżek dla malucha i to jak układa się sylwetka dziecka przy siedzeniu – w naszej starej spacerówce Franek niestety wisiał na szelkach jak na spadochronie.

No dobrze, żonie zależało też, żeby wózek był ładny, ale błagałem ją, żebyśmy tym razem kierowali się wyłącznie jego funkcjonalnością…

Decyzje, decyzje…

Finalnie skupiliśmy się na trzech modelach, które w mniejszym lub większym stopniu spełniały nasze oczekiwania. To Easywalker buggy xs, Babyzen yoyo plus i Maclaren techno. Wszystkie fajne, do każdego można było się o coś przyczepić. Wszystkie obejrzeliśmy na żywo, sprawdziliśmy funkcje, na ile pozwalały sklepowe warunki, przestudiowaliśmy parametry. U nas ostatecznie wygrał Babyzen yoyo. Kupowaliśmy go tuż przed urlopem, więc zdecydowało to, że wózek w kilka sekund składa się do rozmiarów bagażu podręcznego, jest chyba najlżejszym wózkiem na rynku i ma wbudowany pasek, więc można go nosić na ramieniu jak torbę. Ale ale, o tym wszystkim za chwilę. Bo wakacje rzeczywiście pozwoliły nam przetestować wózek od góry do dołu w przeróżnych warunkach.

Wrażenia w jednym zdaniu? Nigdy więcej nie spojrzę w stronę innego wózka! Dlaczego? Bo to jest YoYo !

Rozmiar ma znaczenie 

Szczególnie jeśli chodzi o wózek, a Yoyo po złożeniu jest mniejszy od samolotowego bagażu podręcznego! Ma 52 x 44 x 18 cm. I jest lekki, bo waży ok 6 kg. Do tego rozkłada i składa się go momentalnie. Po kilku próbach zajmuje to kilka sekund. Złożony można zablokować i odkładać pionowo na ziemię, bo sam stoi, albo nieść na ramieniu na wygodnym, szerokim i miękkim pasku (ta miękka gąbeczka na pasku to podobno ulepszenie, którego nie było w poprzedniej wersji wózka). Podobno nazwę wózek zawdzięcza właśnie systemowi rozkładania, który przypomina wypuszczane jojo. Dla nas to była najważniejsza zaleta, szczególnie w podróży. Bez problemu składaliśmy wózek przy kontroli na lotnisku, a potem tuż przed wejściem do samolotu. Do tego nie musieliśmy zdawać wózka do luku, w którym, jak wiemy z doświadczenia znajomych, wózki przeżywają (te bardziej pechowe nie…) przeróżne przygody. My byliśmy spokojni, że wózek cały i zdrowy doleci z nami na wakacje, do tego od razu mogliśmy zapakować do niego dziecko i podręczne bagaże. Gabaryty wózka przydały się też na miejscu, bo nie zajmował nam przestrzeni w pokoju hotelowym tylko złożony leżał w szafie. Bez problemu mieściliśmy go też do bagażnika wynajętego, małego, auta i zabieraliśmy na wszystkie wycieczki. Do tego wózek jest na tyle lekki, że nawet żona (posiadam 49 kg żony) może spokojnie wnieść go po schodach z dzieckiem w środku. Co przy starej spacerówce skończyłoby się w najlepszym wypadku na dyżurze ortopedycznym.

Nie za mała, nie za duża – w sam raz

W tym wypadku o budce mowa. Przyznam się, że bałem się trochę, jak to będzie z budką w tak małym i kompaktowym wózku. W starej spacerówce budka rozkładała się na tyle, że tworzyła nad śpiącym dzieckiem małe igloo. Okazało się, że wcale taka dużanie była dziecku potrzebna. W tej, nawet idąc pod słońce, jego twarz pozostaje w cieniu, ale budka przy okazji nie przysłania widoku świata. Z kolei boki wózka są na tyle wysokie, że idealnie osłaniają dziecko przed wiatrem.
Szczegół mały, ale dla nas istotny, to też małe okienko z folii w samej budce, przez które można na bieżąco podglądać malucha.

Płynie po równym, trzęsie na wertepach

Jeśli chodzi o samo prowadzenie, to śmiało możemy mówić o przepaści między lekką spacerówką a ciężką ramą wózka dwa w jednym. W sklepie, przy pustym wózku baliśmy się trochę, czy wózek nie jest tak lekki, że będzie wywracał się przy skrętach. Ale z obciążeniem nie ma już tego wrażenia. Ten wózek po prostu płynie. Tyle. Prowadzić go można autentycznie jedną ręką – wózek ma jedną okrągłą rączkę, a nie dwa uchwyty jak w wielu spacerówkach parasolkowych (niestety nie jest ona regulowana, więc nie każdemu może pasować. Nam pasowała, bo nie ma między nami dużej różnicy wzrostu). Promień skrętu jest taki, że wózek wręcz kręci się wokół własnej osi. Po równej nawierzchni ani nie czuć drgań, ani nie słychać, że wózek jedzie. Przy szybkiej jeździe czy podbieganiu do autobusu kółka nie wirują, co zdarzało nam się przy poprzedniej spacerówce. Gorzej jest z nierównym podłożem, gdzie, mimo zawieszenia na cztery koła, wózek rzeczywiście cały się telepie, a przy dłuższej przejażdżce w takich warunkach ma się wrażenie, że dziecko może dostać wstrząsu mózgu. Ale cóż, to nie dmuchane opony jak w ciężkim wózku i tego się spodziewaliśmy, coś za coś. Natomiast bez problemu można nim jechać po leśnej drodze (w co wątpili nasi znajomi). My pokusiliśmy się nawet o spacer brzegiem morza i wózek dał sobie spokojnie radę.

Tak, tak, dziecku też jest wygodnie

O tym, czy Frankowi będzie w wózku wygodnie mogliśmy się przekonać dopiero w praktyce. Ale wystarczyło popatrzeć na pozycje jego ciała, żebyśmy wiedzieli, że to była dobra decyzja. Siedzisko i pasy (pięciopunktowe) sprawiają, że dziecko rzeczywiście w wózku siedzi. Nie leży, nie wisi na pasach, nie zsuwa się. Jest mu po prostu wygodnie. Wózek nie ma natomiast podnóżka. Więc nóżki wystają z niego i zwisają – czy to dobrze, czy źle? Trudno powiedzieć. Trzeba by spytać lekarza. Naszemu synowi wydaje się to nie przeszkadzać. Wózek nie rozkłada się też całkowicie do pozycji leżącej. Natomiast dla Franka to też nie problem. Nachylenie siedziska jest regulowane płynnie paskiem, więc sami decydujemy o jego stopniu. Stopniowy system regulacji na przycisk u nas nie zdał egzaminu, bo w starej spacerówce się po prostu zacinał. Walka z wózkiem przy każdej próbie położenia siedziska nieraz kończyła się wybudzeniem dziecka – nie muszę chyba pisać o tym nic więcej…

Schowki zaważyły

Przyznam, że przy wyborze wózka bardzo wahaliśmy się między Yoyo i Easywalkerem, bo oba składają się do małych rozmiarów. Ale piętą achillesową tego drugiego okazał się brak jakichkolwiek schowków. Nie wiem, jak można zrobić wózek, który ma masę funkcjonalności i na finiszu zapomnieć o wbudowaniu w budkę schowka. Podobno w poprzedniej wersji Yoyo też go nie miało. Na szczęście w nowszej wersji schowki są aż dwa: jeden to siateczkowa kieszeń w dole budki, drugi to dosyć pojemna zapinana na zamek kieszeń tuż pod rączką. Dla mnie to, że w wózku jest miejsce na portfel, telefon, klucze i podstawowe dziecięce szpargały zadecydowało o wyborze. Pod wózkiem jest też pojemny kosz (podobno o ponad połowę większy niż w poprzedniej wersji). Kosz jest od strony kierowcy (czy tak można mówić o prowadzącym wózek?) otwarty, początkowo bałem się, że przez to będę gubił z niego rzeczy. Ale rzeczy nie gubię. A to rozwiązanie bardzo ułatwia wkładanie i wyjmowanie rzeczy z kosza.

Wózek do miasta i na wakacje

Podsumowując – wózek zdobył u nas wysokie noty. Podkreślę, że u nas, bo żona odetchnęła z ulgą po katordze związanej z jeżdżeniem starą spacerówką. Trudno, żeby jakiś gadżet ją zachwycił, a temu się ta sztuka udała.

Wózek jest lekki i mały. Złożony zajmuje niewiele miejsca, więc wszędzie się mieści. Jest wprost stworzony na wyjazdy. Mimo rozmiarów i wagi ma pojemne schowki i bardzo łatwo się go prowadzi. Dziecko siedzi wygodnie, budka zasłania od słońca, ale nie odgradza od świata. Jedyne rzeczy, do których można się przyczepić to brak regulowanego podnóżka i możliwości rozłożenia siedziska do całkowitego leżenia. Ale to też jednym będzie wadziło innym nie. Do tego wózek stworzony jest raczej do jazdy po równym terenie (co nie znaczy, że nadaje się tylko na asfalt).

Ach, i zapomniałabym o tym najmniej ważnym… wózek jest też ładny i żona zadowolnona 😉

Po Baby Yoyo nie spojrzy w stronę innego wózka.