Ja jestem. Od telefonu. Zerkam na niego częściej niż pod nogi. Czuję się niepewnie jak go nie ma. Niby dla bezpieczeństwa, ale wiadomo, że dla bezpieczeństwa nie użyłam go jeszcze nigdy. Dzisiaj padł mi telefon, a ładowarka została u rodziców, więc podjęłam ryzyko wyprawy bez. I tak sobie myślę.

20 lat temu, kiedy byłam młoda, nie było telefonów innych niż plastikowe czerwone przyczepione kablem do ściany. I było dobrze. “Dzień dobry, jest Kaśka?” pytałam a mama Kaśki zwyczajowo pytała “A kto mówi”? Wścibskie babsko.
Ale dobrze było nie mieć telefonu w kieszeni. Można było siedzieć na trzepaku za długo i mama nie miała na co zadzwonić. Mogła co najwyżej krzyknąć z okna, albo wyjść na podwórko i poszukać, ale zwykle jej się nie chciało. Siedziało się więc na tym trzepaku i żuło balonówkę albo łuskało słoneczniki plując obficie łupinami.

W życiu by mi wtedy nie przyszło do głowy, żeby zrobić zdjęcie tego co jem i komuś pokazywać. No bo komu. Nie miałam 500 przyjaciół, tylko 7 koleżanek (i to rotacyjnie), 3 kolegów, może 2 przyjaciół. W dodatku zwykle żuli te słoneczniki razem ze mną. I gadaliśmy. Trochę o rzeczach ważnych, o klasówce z matmy, o Gliniarzu i prokuratorze, o tym że Hanka to się kocha w Tomku albo odwrotnie, że baba od niemieckiego znów się czepia, że Marek to się chyba na mnie gapił trochę. O wszystkim się gadało. Albo z nudów grało się w kapsle, w klasy, w gumę. Kolanka, uda, pas. W jaki sposób udawało nam się skakać paszki jest dla mnie do dziś rzeczą nieodgadnioną. Ale się udawało. Z nudów trenowaliśmy wytrwale. Prawie tak wytrwale jak słuchaliśmy kaset, które przeciągały już na ulubionych piosenkach. Gorzej jak magnetofon wciągał taśmę i trzeba było potem nakręcać ją ołówkiem. Albo zerwaną łatać podebranym mamie lakierem do paznokci. Nie było youtuba, nie było internetu, muzykę się nagrywało z radia. Jeśli udało się upolować. Nic na żądanie. Nic pod ręką.

W tym całym braku telefonu cudowne było jednak coś innego. Mogliśmy być tylko w jednym miejscu jednocześnie. Na trzepaku, na placu zabaw, w domu – wszystko jedno gdzie. Ale tylko tam. Tam i wtedy. Żadnego zakrzywiania rzeczywistości, żadnego multitaskingu (jeśli nie liczyć wiszenia na trzepaku i plucia łupinkami). Żadnego “yhym, słucham Cię jednym uchem, a jednym okiem oglądam fejsa” ani “kocham Cię, poczekaj tylko chwilkę”.

Dziś w parku tylko dwie osoby bez telefonu przed nosem. Babcia siwiutka i ja. Poza tym wszędzie telefony. Matki z wózkami, ojcowie za rękę prowadzący, kierowcy na światłach, pasażerowie z nudów, piesi na przejściach, dzieci przed szkołą, nawet nastolatki na randce zamiast się całować, każde sobie. Łby opuszczone, zakute w telefony. Oczy tylko się świecą na niebiesko. Okradają siebie z życia. Okradają bliskich z siebie. Bo lajki, bo komcie, bo memy.

Też mnie ciągnie czasami. Ale wtedy zerkam w dół. Moja Córka patrzy na mnie z wózka wyczekująco, z nadzieją. Nie chce nic konkretnego, chce tylko żebym na nią spojrzała, może się uśmiechnęła, uznała jej istnienie. Patrzę na nią i nie mogę się nie śmiać. Fajna jest i coraz bardziej pyzata. Patrzymy się na siebie, a potem ona powoli zasypia a ja sobie myślę, że dobrze znów być tylko tu i teraz.

Wiem, że ironia polega na tym, że czytacie to pewnie na telefonie, na spacerze, albo przy stole. Przestańcie. Rozejrzyjcie się. Obok na pewno jest coś ciekawszego 🙂