Na co dzień uśmiechnięte uosobienie radości, czasami zamienia się w potwora? Mooooojeeeeeeee, Nieeeeeeeeee, Maaaaaaamooooo – arsenał słów ma dość mały jeszcze, ale za to natężenie dźwięku jak orkiestra symfoniczna. Do krzyków dochodzą ciosy na oślep a czasami oprócz pazurów idą w ruch zęby. Oczywiście nigdy nie dzieje się to w zaciszu domowym, w samotności rodzinnej. O nieee. Pełną skalę osiąga zawsze w sytuacjach znacznie mniej wygodnych:
– w czasie mojej rozmowy telefonicznej z klientem
– na zakupach, kiedy w jednej ręce wózek, w drugiej dziecko, w trzeciej lista zakupów a w czwartej telefon do żony
– ostatnio w aucie, kiedy w zupełnie nieznanym mieście, wynajętym samochodem próbowaliśmy z żoną znaleźć drogę do skandalicznie (choć malowniczo) ukrytego hotelu

Nie ma zasady. Pozornie. W rzeczywistości jest i to banalna. Ostatnio znajomy ojciec pokazał mi to na placu zabaw na innej rodzinie. Bo z perspektywy dziecka to jest jedna i ta sama sytuacja. Schemat jest prosty:
1. Rodzic z przejęciem zaczyna coś robić. Coś dla niego trudnego, wymagającego skupienia
2. Dziecko tego nie wie, nie rozumie, ma swoje sprawy. Albo rozumie i chce pomóc.
3. Zaczyna więc do rodzica mówić. Coś dla niego ważnego.
4. Zwykle rodzic nie odpowiada, nie przerywa swojego trudnego zadania. Kompletnie dziecko ignoruje. Albo rzuca: nie teraz. Poczekaj.
5. Frustracja rodzica rośnie, bo nie dość, że sprawa trudna, to jeszcze dodatkowe bodźce od dziecka.
6. Frustracja dziecka rośnie, bo przecież ma ważną sprawę (może nawet chce pomóc), a rodzic nie reaguje zupełnie
7. Dziecku nerwy puszczają wcześniej – zaczyna krzyczeć, płakać, drapać – robić wszystko co potrafi, żeby zwrócić na siebie uwagę
8. Rodzic chwilę wytrzymuje. Ale w końcu pęka….

Brzmi znajomo? U mnie tak wygląda wprowadzenie do 90% przypadków dziecięcej złości.
Co robić? Pewnie za każdym razem coś trochę innego. Zakładam, że czasami zrobić się nie da nic.

Zanim jednak przejdziesz do wściekłego syczenia, warto spróbować jednej rzeczy. W większości przypadków działa u nas przerwanie na chwilę ważnych dorosłych spraw, przykucnięcie przy dziecku i zapytanie: „Kochanie, co się dzieje?”.
Wiem, nie zawsze możemy przerwać. Nie każda odpowiedź pozwoli szybko rozwiązać sprawę. Ale próbować warto.
Ja ostatnio tuż przed startem amoku, zapytałem i usłyszałem: „Przytulić”.
10 sekund czułego uścisku później było po sprawie. Bo dzieciom zwykle chodzi o coś na prawdę ważnego 🙂