Ile razy dziennie słyszycie od dzieci „a dlaczego?”, „skąd”, „Jak?”. U nas padają średnio co 3 minuty. Jako ojciec prawie doskonały, dzielnie odpowiadałem na każde z tych, najbardziej pokrętnych pytań. Nieco wymiękając czasami przy podstępach w stylu „A dlaczego babcia nas odwiedza”.  Czasami musiałem odkurzać wiedzę ze szkoły, czasami doczytać, ale dzieci nie zostawały bez odpowiedzi. Do czasu!

W czasie jednych wyjątkowo „rozwijających” zakupów, zobaczyłem znacznie lepszą taktykę u innego ojca.  Na pytanie swojego na oko 5-letniego syna „Dlaczego telewizory grają”, ten bezimienny geniusz odpowiedział „A jak myślisz?”. Zaśmiałem się w duchu, bo wiem jak na takie odzywki reaguje moja żona. Wiem, jak reaguję na nie sam. Ale wiadomo – z dziećmi nic nie jest oczywiste. I zamiast oczekiwanego wybuchu gniewu usłyszałem jak to dziecko zaczyna główkować. „Bo są włączone. I mają dekodery.”

No kurde!

Była oczywiście szansa, że to wyjątkowe dziecko. Ale zacząłem stosować. Najpierw nieśmiało, potem coraz częściej. I działa. Ciągle działa. Jasne, nie zawsze zna odpowiedź, często i tak muszę coś podpowiedzieć, ale zdecydowanie role się odwróciły. Co ważniejsze – takie samodzielnie „wymyślone” odpowiedzi zostają na dłużej.

Sięgnąłem w weekend po „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci mówiły‎” – jedną z najfajniejszych książek o rodzicielstwie na jakie kiedykolwiek trafiłem.  Autorki podpowiadają, że takie właśnie odwracanie pytań nie tylko zdejmuje nieco z rodzica ciężar nieustających tłumaczeń, ale uczy samodzielności.

I jeśli się chwilę zastanowić, ma to głęboki sens – zamiast podawać szybką, fastfoodową odpowiedź (umówmy się, czasami nawet niezbyt wyczerpującą), zapraszamy malucha do główkowania. Tym samym mówimy mu między wierszami „wierzę, że to wymyślisz sam”.

I nawet jeśli nie wymyśli odpowiedzi prawdziwej, to co sobie nakombinuje to jego.

Zdjecie – prawo autorskie: olegdudko / 123RF Zdjęcie Seryjne