Wypowiadasz je codziennie. Ja też. Kilka, czasami kilkanaście razy. Proste słowa, które strasznie dużo psują. Psują humor, niszczą nadzieję i radość, powtarzane regularnie potrafią zniszczyć poczucie własnej wartości i relacje.
Niepozorne:

“Jeszcze tylko…”

“Już idę kochanie, jeszcze tylko umyję naczynia…” mówię do swojej niecierpliwiącej się córki. A ona macha rękami, nogami, wije się i tęskni. Próbuje mi powiedzieć, żebym rzuciła te naczynia, że one nie tęsknią, nie chcą przytulki, nie potrzebują mnie tak jak ona. Ale nie umie mówić, więc wychodzi jej adugadubadu. I tylko w tonie żal i oskarżenie każą mi rzucić te nieszczęsne naczynia i iść się przytulać.

“Już ją biorę, jeszcze tylko zrobię sobie herbatę” mówi mąż wracając do domu i widząc moją zrozpaczoną wytrwałym marudzeniem Córki minę (skoki rozwojowe to czas wielkiej próby). A ja myślę “a ja? kiedy ja sobie zrobię herbatę? kiedy ja pójdę siku (bo trzymam od 2 godzin)? ja nie mogę “jeszcze tylko”!

“Zadzwonię do mamy, jeszcze tylko skończę ten wpis”. Choć mama czeka. Na bank czeka, aż zadzwonię powiem, co wnuczka jadła, jak gadała, że włożyła do paszczy już nie 2 ale i 4 palce. Czeka cierpliwie. I długo.

Tymczasem czytam księdza Kaczkowskiego, który mówi, że jego hospicyjni podopieczni w obliczu śmierci najbardziej żałują zawalonych relacji. Tego, że byli z innymi za mało, za daleko. Że nie przytulali się, nie słuchali, nie byli ze sobą na prawdę.

Nikt nie żałuje nieumytych naczyń, niewypitej herbaty czy niedokończonego wpisu. Skończę więc ten wpis zgrabną puentą już za chwilę. Jeszcze tylko pobawię się z córką.